Krakout

Muszę się przyznać, że serwis kolegi Luc’a ostatnio często mnie zaskakuje i przypominają mi się stare, dobre czasy, kiedy to Commodore 64 rządził na rynku komputerów i nic nie wskazywało na to, że ktokolwiek (lub cokolwiek) będzie mu wstanie zagrozić. Ostatnim razem zakręciła mi się łezka, gdy znalazłem w dziale DOWNLOAD pewną bardzo fajną gierkę, przy której jakieś 10 lat temu spędzałem beztrosko masę mojego wolnego czasu (ojciec też swoje wolne poświęcał). Mowa tu oczywiście o Krakout.

Opis ten dotyczy tylko pierwszej części tej gry, ale nic nie szkodzi. A to, dlatego, że kolejne niczym szczególnym się od pierwowzoru nie różniły. Trochę muzyką, a, i plansze były nowe, ale chyba nie tak ciekawe jak w „jedynce”.

Krakout to komodorowski odpowiednik bardzo znanej gry, jaką niewątpliwie jest Arkanoid. Wszystko to samo i tak samo, tyle że … poziomo. Tak, poziomo. A dlaczego nie pionowo? O to zapytajcie autorów gry (jeśli jeszcze żyją). Ja nie wiem czemu tak jest, ale za to wiem, że taki układ gry wcale jej nie zaszkodził. Wręcz przeciwnie – uczynił ją nieco odmienną i być może bardziej interesującą. Kto wie.

Przejdźmy jednak to konkretów. Zasada gry jest prosta. Odbijamy paletką piłeczkę, która niszczy klocki. Brzmi to dość trywialnie, ale nie zmienia faktu, że gra, mimo pozornej prostoty, potrafi wciągnąć na wiele godzin. Przyczynia się do tego przede wszystkim niesamowicie wysoki poziom trudności. Bo nie łatwo przecież przejść chyba ze sto plansz mając do dyspozycji zaledwie dwie piłeczki. Co prawda co 10000 punktów (chyba) dostajemy dodatkową, ale nie zmienia to faktu, iż przejście gry nie należy do łatwych i krótkotrwałych misji.

Zanim rozpoczniemy grę możemy ustawić sobie parę rzeczy. M.in. stronę, po której chcemy mieć paletkę, prędkość piłki, scrolling ekranu, itp. Jak już wspomniałem poziomów jest bardzo dużo. Nie pamiętam dokładnie ile, bo grałem w to bardzo dawno, a że pamięć mam dobrą, ale krótką to Wam konkretnie nie powiem.

W trakcie gry piłeczka odkrywa pod klockami pewne bonusy. Są to m.in. powiększenie paletki (zmniejszenie niestety też), pociski, przyklejanie się piłeczki itp. Jest ich z pewnością dużo więcej, ale chyba już wspominałem o mojej pamięci. Wszystkie te „niespodzianki” są bardzo przydatne podczas przechodzenia kolejnych plansz. Niestety poza nimi nic pozytywnego już nie może nas spotkać. No chyba, że pojawiające się w różnych miejscach maski i inne potworki, które złośliwie zmieniają tor lotu naszej piłki. Bardzo przyjemna sprawa. Może nie tak bardzo jak to, że gdy zbyt długo sobie pogrywamy to piłka zaczyna stopniowo zwiększać swoją prędkość, ale również ciekawa. Generalnie to trzeba długo ćwiczyć, żeby osiągnąć jako takie wyniki w grze. Dla pocieszenia dodam, że ja, na dzień dzisiejszy, dochodzę do 5-6 planszy, a przecież kiedyś nieźle wymiatałem. No nic – taka smutna prawda.

Gierka ciekawa, trudna, sporo plansz. Wszystko ślicznie poza jednym – muzyką. Jest tak przeraźliwie piszcząca i denerwująca, że nie sposób wytrzymać. Chyba jej twórca wspomagał się jakimiś ciekawymi używkami. Całe szczęście można tą całą kakofonię wyłączyć …

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *