Green Beret

Trudno chyba jest spotkać osoby, które o tym tytule nie słyszały. Wchodzi on bowiem w skład kilkunastu kultowych gier, w które każdy zatwardziały komodorowiec musiał grać. A czy wiedziałeś, że Green Beret na początku swojego istnienia dostępny był tylko na automatach? Szybko okazał się tam hitem, a następnie, jak wiele pozostałych gier na automaty, zagościł na wielu innych platformach między innymi, na naszym Commodore sixty-four.

W rosyjskiej bazie na Norylsku dzień toczył się zwykłym tokiem. Żadne znaki na niebie i ziemi nie wskazywały, że ulegnie on dziś zmianie. Jednak nagle rozległ się sygnał syreny. Okazało się, że amerykański rząd zrzucił do bazy człowieka z Zielonych Beretów, aby odbił czwórkę innych komandosów z elitarnej jednostki wojennej USA – US Army. Cała akcja miała odbyć się po cichu, więc pewni swego Amerykanie nie uzbroili swojego komandosa należycie dając mu tylko scyzoryk. Plan jednak nie wypalił i komandos był skazany na pewną śmierć ze strony rosyjskiej…

Gra jest typową zręcznościówką z kategorii „ciągle w prawo”. Poruszamy się zatem naszym komandoskiem w kierunku prawej krawędzi ekranu, a przy okazji eliminujemy atakujących nas przeciwników.

Jak się zapewne domyślasz, do naszego zadania należeć będzie uwolnienie czterech uwięzionych komandosów. Nie jest to wcale takie łatwe. Do przebycia mamy cztery niebezpieczne poziomy, a w wykonaniu zadania przeszkadzać nam będą liczne jednostki żołnierzy rosyjskich.

Szczególną uwagę należy zwrócić na karateków w zielonych strojach, gdyż potrafią oni podskoczyć w najbardziej niepożądanym momencie. Początkowo naszą jedyną bronią jest nóż, jednak w miarę postępów będziemy zdobywać coraz to nowe rodzaje broni – nawet bazookę. Zresztą po co zielonemu beretowi coś innego oprócz noża – jemu by nawet gołe ręce wystarczyły do wymordowania całych stad ruskich.

Grafika w grze jest dobra. Prawie wszystkie elementy zostały wykonane starannie. Obserwujemy miłe dla oka lokacje. Muzyka w grze jest śliczna. Podczas gry towarzyszyć nam będzie niezły kawałek całkowicie oddający nastrój walki. W dodatku nie znudzi się zbyt szybko i łatwo wpada w ucho. Pozostałe dźwięki występujące w grze są na równie dobrym poziomie jak sam SID. Co tu zresztą będę dużo pisał – nazwisko Galway mówi samo za siebie. Twórca muzyki do Yie are Kung-Fu, Rambo: First Blood Part-II, czy Miami Vice i tym razem odwalił kawał dobrej roboty. Bardzo wysoki poziom trudności sprawia, że przejście gry za pierwszym razem graniczy z cudem, i trzeba będzie zaczekać, aż nabierze się wprawy. Nie przyjdzie to zbyt szybko, ale pomimo to klimat sprawia, że będziesz chciał grać dalej. Akcja toczy się bardzo szybko, a mamy tylko 3 życia – to dodatkowo utrudnia wykonanie zadania. Sądzę, że bardzo użyteczna w tej grze byłaby opcja zapisu stanu gry – autorzy niestety nie pomyśleli o tym. Cóż mogę dodać – życzę Ci, abyś jak najszybciej usłyszał amerykański hymn.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *