Titanic Blinky

Jak zwykle w grach zręcznościowych, jest jakaś legenda. A więc mamy bohatera negatywnego – Arthura J. Hackensacka ­ szalonego teksańskiego miliardera, który porwał profesora Frobishera Goonhilly’ego i zmusił go do wyprodukowania okrutnej broni, mogącej zmieniać różne przedmioty, nawet bardzo wielkie. Za pomocą tej broni Nowy Jork zastał zamieniony w gigantyczną gąbkę kąpielową, a wieża Eiffla w zestaw do przypraw.

Bohater pozytywny to oczywiście Ty! Przybierasz więc postać duszka imieniem Blinky, zostajesz uzbrojony w karabin elektro­plazmatyczny i zostajesz zrzuco­ny na pokład parowca Titanic, statku – bazy Hackensacka.

Twoim zadaniem jest zniszczyć Hackensacka; lecz najpierw musisz przejść przez wiele przeszkód. Trzeba pokonać wiele kolejnych etapów swojej wędrówki do celu. Aby każdy ukończyć, musisz wykonać jakąś czynność, na pierwszy rzut oka łatwą. W pierwszym etapie musisz zebrać kilkanaście nutek i wrzucić je do gwizdka na kabinie statku. Niestety nutki te są pochowane w monetkach i porozrzucane po całym statku. Żaden problem powiecie, lecz niestety Hackensack zwęszył wroga i porozrzucał po pokładzie identyczne monetki, lecz zawierające bomby. Jakby nam jeszcze było mato, wszędzie roi się od os, żółwi i tym podobnych, które są bardzo chętne do zabicia naszego duszka, a żyć mamy tylko trzy. Po zebraniu wszystkich nutek i wrzuceniu ich do gwizdka otwierają się drzwi na niższy pokład. W nim musisz znaleźć części aparatu do nurkowania. Nie ma tam żadnych wrogów, lecz jest masa pułapek (zapadająca się podłoga lub kolce). Gdy skompletujesz już wszystkie części stroju nurka, możesz wyskoczyć za burtę w poszukiwaniu kluczy. Tam czekają Cię takie niebezpieczeństwa, jak meduzy i różne drapieżne ryby, Aby było jeszcze śmieszniej, cały czas ubywa Ci tlenu. Na szczęście autor gry umieścił pod wodą kilka butli, za pomocą których możesz uzupełniać swój zapas tlenu. Po zebraniu wszystkich kluczy możesz otworzyć klapę w burcie. Następnie musisz wejść przez… itd.

Gra ta nie jest skomplikowana. Domyślenie się zadania, jakie musisz wykonać w danej planszy, nie sprawia problemu nawet pięcioletniemu dziecku. Szare komórki są w tej grze używane jedynie do tego, żeby wpaść na pomysł, jak tu ominąć te ślimaki i nie dać się zabić. Grafika przyjemna, a muzyczka na początku jest ładna. W trakcie gry występują tylko efekty specjalne i chwilami, po przejściu określonego fragmentu, kilkusekundowe przygrywki. „Titanic” jest to gra dla tych, którzy chcą się odprężyć np.: po partii „Oil Imperium”.

Think Cross

„Think Cross” to gra logiczna, z tego co zauważyłem, dość mało popularna wśród maniaków C64, a to bardzo źle! Moim skromnym zdaniem, jest to bowiem jedna z najlepszych gier logicznych, jakie kiedykolwiek powstały nie tylko na Commodore 64, ale ogólnie na komputery. Zresztą, jest to pewnie jedna z wielu odmian takiego rodzaju gry.

Na czym więc rzecz polega? Na planszy ułożonej z popularnych ‚klocków’ znajdują się takie same elementy. Czasem jest ich liczba parzysta, czasem nieparzysta. Problem w tym, by wszystkie klocki, poprzez przesuwanie i przenoszenie w inne miejsce, połączyć ze sobą. Gdy bloki się połączą (stykną ze sobą), natychmiast znikają. Przykładowo na pierwszych pięciu planszach mamy prosty układ złożonych z liczb elementów. Dwie jedynki, dwie trójki, trzy ósemki itd. Oczywiście zawsze jest jakiś  haczyk, który będzie przeszkadzał w ułożeniu klocków w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Plansze są ułożone na tyle podstępnie, że musimy wykonać odpowiednie czynności w należytej kolejności. Dodatkowo, szczególnie w dalszych planszach (co widać i czuć naprawdę już w 5, 6 planszy), to wszelkiego rodzaju ‚przeszkadzajki’ jak ruszająca się poziomo plazma, pasek laserowy pojawiający się i znikający czy płomień ognia. Jeśli wrzucimy cokolwiek do tego płomienia, znika bezpowrotnie i praktycznie trzeba zacząć planszę od nowa (nie jest to bynajmniej rozwiązaniem, gdy zostanie nam jeden klocek z trzech!).

Sterowanie jest banalnie proste. Używamy joysticka, przesuwając migającym, przezroczystym kursorem (kwadratem). Aby przesunąć dany blok, wciskamy i przytrzymujemy FIRE na wybranym klocku i przesuwamy go w docelowe miejsce.

Grafika – bardzo prosta – i to mi się właśnie podoba. Całość ułożona z ikon – bloków, jest zupełnie czytelna i nie może nam w niczym przeszkadzać. Podczas gry panuje w zasadzie cisza, słychać jedynie ciche szmery przesuwających się kamieni, spalonego właśnie bloku itd. Nieliczne, krótkie melodie można usłyszeć, gdy zrezygnujemy z ukończenia danej planszy  (można spróbować jeszcze raz) – służy do tego klawisz Run/Stop.

Etapy podzielone są na 5 plansz każdy. Można powiedzieć, że są to osobne światy, obudowane zupełnie inną grafiką – z początku chciałoby się, szczerze mówiąc, aby wszystkie plansze były zbudowane z jedynek i czwórek, jednak po każdych 5 planszach zmienia się wystrój – na puszki, znaki greckie i wiele innych symboli. W późniejszych planszach (a jest ich łącznie okrągłe 150!) naprawdę można sobie dłuuugo posiedzieć, rozmyślając nad poprawnym ułożeniem pojemników czy liczb. Pamiętaj także, że na przejście każdej planszy jest ograniczony czas! Niekiedy jest to 10 minut, czasem tylko 2 minuty! Pośród stricte logicznych etapów, znajdziemy również i takie, które wymagają od nas trochę zręczności i szybkiego reagowania :-).

Grać, nie grać – nie ma o co w ogóle pytać! Jest to jeden z nielicznych tytułów, w które grałem na początku swojej przygody z Commodore 64 i regularnie zaglądam do tej gry co jakiś czas. Miodność jest ogromna, jeżeli już przysiądziecie do komputera – trudno Wam będzie odejść. Jedna z niewielu gier logicznych wykonanych na tak dobrym poziomie, dającej tak wiele satysfakcji ;-). Muszę przejść ten level, zobaczę, co kryje następny…!

The Train – Escape to Normandy

Jest rok 1940. Wojska Hitlera przekroczyły już granicę Francji i powoli zaczynają zagarniać coraz to większe tereny. Dotarły również do Metz, miasta w którym się urodziłeś i gdzie mieszkasz. Tutaj także działasz w konspiracyjnej grupie oporu. Marzysz o tym, aby kiedyś przedrzeć się przez tereny okupowane przez Niemców do miejsca stacjonowania wojsk aliantów.

Pewnego dnia okazuje się, że na stacji w Metz stoi uzbrojony po zęby niemiecki pociąg pancerny. Jest to okazja, której ani Ty, ani francuskie podziemie nie może przepuścić. Twoja misja to porwać pociąg i przedostać się do Riviere przed świtem. Czekasz więc do zmierzchu i wraz z kolegą z ruchu oporu udajesz się na stację. Jest punkt pierwsza w nocy…

Musisz osłaniać Pierre’a, aby mógł on dobiec do zwrotnicy. Likwiduj żołnierzy niemieckich wystawiających karabiny z okien dworca, jednocześnie uważając, aby nie ubić swego przyjaciela. Przestawiając zwrotnicę wybierasz drogę, którą udasz się do Riviere, a za razem poziom trudności. Gdy już się zdecydujesz, musisz znowu osłaniać Pierre’a, by mógł on wsiąść do pociągu. Teraz jesteś już w środku. Zwolnij hamulec i otwórz przepustnicę. Pociąg ruszył. W tej chwili musisz tylko dosypywać węgla do paleniska, kontrolować ciśnienie pary (jeśli za wysokie musisz upuścić trochę, ale uważaj by nie spadło za bardzo, gdyż wtedy będziesz musiał przymknąć przepustnicę) oraz temperaturę w kotle i prędkość pociągu. Rozpoczyna się ucieczka do Normandii…

Podczas podróży czeka Cię wiele niebezpieczeństw. Mogą zaatakować Twój pociąg samoloty Luftwafe. Zazwyczaj nadlatują parami. Bardzo łatwo je zestrzelić za pomocą działek umieszczonych na czole i z tyłu pociągu. Aby usiąść za nimi wciśnij 1 lub 2, zależnie od tego czy samolot nadlatuje z przodu czy z tyłu :). Za pomocą klawisza 3 powracasz do „kabiny palacza”. Na swej drodze napotykasz stacje. Nie musisz się na nich zatrzymywać, ale warto, gdyż zabijając żołnierzy zyskujesz kolejne punkty, a poza tym, przy pomocy niemieckiej radiostacji znajdującej się na dworcu, możesz nadać wiadomość do swoich. Może to być prośba o zajęcie następnej stacji, bądź mostu (takich wiadomości możesz wysłać maksimum trzy podczas całej gry) lub też prośba o podanie miejsca, gdzie mógłbyś dokonać napraw (możesz zrobić to tylko raz). Po wysłaniu wiadomości otrzymasz odpowiedź i ewentualnie godzinę, o której alianci zrealizują Twoją prośbę. Warto również czytać wiadomości znalezione przy radiostacji. Informują one o ruchach wojsk oraz o uszkodzeniach pewnych odcinków torów.

Także na stacjach uzupełnia się wodę i węgiel. Informacje o ilości węgla, limicie wiadomości do wysłania, uszkodzeniach oraz o zdobytych punktach możesz uzyskać wciskając F7.

Czasami będziesz musiał przestawiać zwrotnice (co robi się za pomocą gwizdka), a także przejeżdżać przez zajęte przez Szwabów mosty. Pamiętaj: jeśli most jest w obcych rękach to musisz się na nim zatrzymać, inaczej zginiesz. Gdy pociąg stanie na moście to masz za zadanie zatopić niemieckie łodzie patrolowe. Nie jest to zbyt trudne, ale trzeba się spieszyć i trafić kuter, zanim on poważnie trafi Twój pociąg. Ułatwieniem jest to, że na początku działo wycelowane jest dokładnie w jedną z niemieckich jednostek :).

W czasie jazdy często zerkaj na mapę (4) i obserwuj drogę jaką przebywa pociąg. Jeśli nie zdążysz się gdzieś zatrzymać zawsze możesz wrzucić „wsteczny”. Pamiętaj tylko, aby nie zmieniać „biegów” w czasie jazdy. Spowoduje to zniszczenie „skrzyni biegów” bądź wykolejenie pociągu. Zarówno jedno jak i drugie eliminuje Cię z dalszej gry. I jeszcze jedno: jeśli chcesz się gdzieś zatrzymać to nie hamuj w ostatnim momencie. Rób to stopniowo, gdyż hamulec nie jest zbyt wytrzymały.

Grafika w The Train wygląda bardzo dobrze, dźwięk też jest w porządku. Musicie przyznać, że projektanci firmy Accolade mieli świetny pomysł na zrobienie gry, bo przecież nie ma wielu gierek, w których po prostu jeździ się pociągiem :). Idea gry i jej scenariusz są dość nietypowe, co sprawia, że The Train gwarantuje zabawę na kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt godzin (łącznie oczywiście :)).

Test Drive II

Druga część doskonale znanej symulacji. Ten sequel zawsze był przeze mnie uważany za mistrzostwo świata i najlepszą grę tego gatunku dostępną na C64. Szkoda tylko, że stary dobry komodorek nie doczekał się trzeciej części Test Drive, która na PC zrobiła prawdziwą furorę i wielu pogrywa w nią do dziś dnia (ja też :)).

Od razu po uruchomieniu gry w oczy rzucają się dwie rzeczy: znacznie lepsza grafika, niż w pierwszej części oraz dość denerwująca konieczność ciągłego żonglowania dyskietkami (na emulatorze również :)). Po obejrzeniu intra pojawia się bardzo przyzwoite menu. To właśnie tutaj ustawiamy wszystkie opcje zanim wyruszymy w trasę. Najważniejszą sprawą jest oczywiście wybranie sobie autka. Gra oferuje 6 superszybkich maszyn, a mianowicie: Ferrari F40, Lamborgini Countach, Ferrari Testarossa, Corvette ZR1, Porshe 959 oraz znienawidzonego przeze mnie Lotusa Esprit Turbo :). Wybieramy samochód, po czym musimy to samo powtórzyć w przypadku wyboru maszyny naszego przeciwnika. I tu znowu machanie dyskietkami doprowadzało mnie do szewskiej pasji, a wszystko przez to, iż dwa pierwsze auta są na MASTER DISK, a reszta na CAR DISK, ale co tam :). Teraz wybieramy czy chcemy ścigać się z czasem, czy z komputerowym przeciwnikiem, decydujemy o poziomie trudności i możemy już wyruszać w drogę. W menu jest dostępna także opcja SCENERY, ale żeby wybrać inne trasy, niż te dostępne na Master Scenery Disk musimy w opcji INSTALL poinformować szanowną grę, iż posiadamy SCENERY DISK. Wtedy otrzymujemy dodatkową scenerię o dumnej nazwie: CALIFORNIA CHALLENGE :).

Wyruszamy w trasę. W lusterku widzimy przeciwnika. Szybko wciskamy pedał gazu i nasz kolega staje się coraz mniejszy, aż w końcu zupełnie znika z naszego pola widzenia :). Komputerowi przeciwnicy nie są mistrzami, nawet na najwyższym poziomie, tak, więc nie stanowią dla nas większego problemu (no chyba, że wybierzemy im auto o znacznie lepszych osiągach niż nasze :). OK, teraz można już spokojnie jechać, podziwiać widoki oraz oczywiście uważać na to, aby nie wyrżnąć np. w jakiegoś merca, bądź też nie zaliczyć ściany tunelu, gdyż mamy tylko 5 żyć. Jest jeszcze jeden problem, a mianowicie koledzy mundurowi, ale nie należy się nimi za bardzo przejmować, bo gdy nas złapią to najwyżej dostaniemy mandat i stracimy trochę czasu. Ucieczka nie bardzo się kalkuluje, bo prędzej wyrżniemy w jakiegoś innego uczestnika ruchu, niż zwiejemy glinom, ale jeśli zdobycie mandatu będzie plamą na Waszym honorze to proszę bardzo – wiejcie :).

Po przejechaniu jednego odcinka trasy zatrzymujemy się na stacji benzynowej w celu uzupełnienia paliwa i obejrzenia punktacji. Dostajemy jedno życie więcej, oglądamy wrzuty dotyczące naszej jazdy na danym odcinku i ruszamy dalej.

No i tak właśnie to wygląda. Gra wciąga i naprawdę można sobie pojeździć :). Grafika jest bardzo przyzwoita. Na szczególną uwagę zasługuje wykonanie deski rozdzielczej oraz wygląd innych samochodów. Uczestnicy ruchu różnią się od siebie nie tylko kolorem. Ich wykonanie jest tak szczegółowe, że bez problemu można rozpoznać znane marki takie jak Mercedes czy Alfa Romeo. Dźwięk – wiadomo – muzyka w menu i ryk silnika, a także pisk opon podczas gry. Całość, moim zdaniem – rewelacja :).

Test Drive

Waldek wyszedł z domu, zamykając za sobą drzwi. Klucze schował do przepastnych kieszeni kurtki, podobnie uczynił z bułkami na drogę. Przed sobą miał kilka godzin jazdy. Wszedł do garażu. Stało tam jego odwieczne marzenie, symbol uczciwej pracy i giętkich pleców wobec zwierzchników najnowszy model Syrenki (i zresztą jedyny). To była ta rzecz, którą kochał najbardziej. W porównaniu z ciągle narzekającą żoną i pomarszczoną teściową syrenka była dla niego aniołem i Bogiem w jednej osobie.

Wspaniała połyskująca blacharka zdawała się wabić i wręcz zmuszać do dotknięcia. Nieskazitelnie czyste szyby, owoc zmagań z brudem. raziły oczy swą przejrzystością. Stalowy kadłub, wielki i ciężki niczym odwłok muchy, miał być gwarancją bezpieczeństwa. Na szosach obowiązywała bowiem naturalna selekcja – albo Ty przebijesz jego, albo on kupi Ci trumnę.

Waldek delikatnie włożył kluczyki do zamka. Nie zdziwił się wcale oporem, jaki przy tym poczuł, wiedział bowiem, że nie obejdzie się bez mocnego kopnięcia. Przyłożył się mocno, syrenka aż podskoczyła. Zaraz potem z całej siły poderwał klamkę do góry i … sezam został otwarty. Kierowca wskoczył lekko jak motylek do środka, zanurzając się w bezmiernej miękkości fotela. Z wdziękiem musnął koniuszkami palców obitą skórą kierownicę. Nogi ułożył delikatnie na pedałach. Przed oczami miał dwa liczniki: prędkościomierz i obrotomierz. Jednak nawet i one stanowiły dla niego nie lada problem, ponieważ nigdy nie mógł odróżnić, który co określa. W marzeniach swoich często bowiem widywał syrenkę mknącą z prędkością 5000 km/h. Dopiero rankiem, gdy udawał się do garażu, spostrzegał, że pomylił liczniki. Musiał więc za każdym razem od nowa przyjmować do wiadomości informację, widniejącą na pierwszej stronie instrukcji- ,;prędkość maksymalna 70 km/h”.

Z wyczuciem włożył kluczyk do stacyjki. Nie przejął się wcale zgrzytem, jaki usłyszał -to była bowiem codzienność. Przekręcił. Silnik powoli, acz równomiernie, zaczął się rozgrzewać. Po chwili zaskoczył. Waldek poczuł pod sobą z kilkanaście koni mechanicznych, nieskończoną moc syrenki, jaką nadali jej inżynierowie. teraz wiedział, że nie ma przed nim przeszkód, jakich by nie zdołał pokonać, nie ma samochodów, których by nie mógł prześcignąć. Z uczuciem ekstazy wcisnął pedał gazu i syrenka wyjąc doskonale wyregulowanym silnikiem pomknęła krętą, górską szosą.

Waldek mocno trzymał kierownicę i bardzo uważnie obserwował drogę. Zakręty nie były łatwe do pokonania i musiał używać całego swojego doświadczenia, żeby wyjść z nich bez szwanku. Nie przejmował się i zresztą tak bardzo sobą, dbał bowiem głównie o to, by nie odrapać swego cudownego pojazdu.

Nagle wjechał w niezwykle gęstą mgłę. Zwolnił i zatrzymał się. Delikatnie otworzył drzwi, które z hukiem upadły na asfalt. Powietrze zdawało się wirować i wydawać dziwny przenikliwy dźwięk. Góry mieniły się barwami, sprawiając wrażenie pomalowanych przez jakiegoś szalonego malarza. Waldek podszedł do maski samochodu i zobaczył napis „Warszawa”. Zemdlał i osunął się na ziemię, przekręcając się na lewą stronę. Waldek nie wiedział, bo i skąd, że trafił na obszar żywego asfaltu. Miejsce to charakteryzowało się niezwykłymi właściwościami fizycznymi. Każdy samochód przemieniał się w inny, nawet o niebo od niego lepszy, a najgorszy nawet kierowca stawał się doskonałym rajdowcem.

Niewielu jednak osobom udało się to przeżyć. Warunki potrzebne do osiągnięcia tego są bowiem bardzo ostre. Trzeba mieć odpowiedni komputer, dyskietkę, a na niej grę „Test Drive”. Naturalna selekcja finansowa wyłoniła już szczęśliwców, skomputeryzowanych i oprogramowanych, co pozwala im na pobawienie się w kierowców. Innym pozostają marzenia lub też stara zdezelowana syrenka.

„Test Drive” to cztery najnowsze i najlepsze samochody oraz wspaniała górska trasa. Każdy z doskonałych samochodów pozwala na rozwijanie prędkości do 200 mil/h. Przy takich szybkościach czas twojej reakcji musi być bardzo krótki, bo bez odpowiedniego refleksu nie masz żadnych i szans. Nie licz także na spotykanych po drodze kierowców, to najgorsi ze złych, a ich karty wypadków nie mają końca.

Podczas jazdy uważać musisz na samochody policyjne. Gdy jedziesz wolno, nie zagrażają Ci, jednak od chwili, kiedy przekroczysz przepisy – strzeż się. Tylko noga na pedale gazu może cię uratować. Czasem jednak i policja się przydaje – po zatrzymaniu i wypisaniu mandatu odholowuje cię do końca etapu. Przy odrobinie szczęścia można tak przebyć nawet wszystkie siedem, nie przynosi to jednak zadowolenia, o które w takich grach głównie przecież chodzi.

Grafika jest na najwyższym poziomie, szczególnie na takich IBM czy Commodore. Góry przesuwają się bardzo płynnie, stwarzając wrażenie komputerowej animacji. Deska stała oddana dość wiernie dla każdego samochodu, a obraz zbliżającego się wozu odbity w lusterku jest rzeczywisty. Nawet mandat, przyklejany przez władze porządkowe na szybie, nosi znamiona autentycznego dokumentu.

Nie denerwuj się, że z początku będziesz widział co chwilę rozbitą przednią szybę w swoim wozie. Wraz z treningiem przyjdą i umiejętności, także niebezpieczne sytuacje, kiedy dwoma kołami wisisz nad przepaścią, czy kiedy ocierasz się o drugi samochód, to dla Ciebie drobiazg. I tylko czasem zdziwisz się, czemu kierowca w samochodzie, na który właśnie wpadłeś, jest taki zdegustowany. Mama zawsze przecież powtarzała, że gra na komputerze to tylko zabawa.

Table Tennis

Jest to bardzo fajnie wykonany, quasi trójwymiarowy ping-pong. Grać można samemu (przeciwnikiem jest wówczas komputer), bądź w dwie osoby. Na początku ustalamy rodzaj rozgrywki: mecz pojedynczy lub turniej, mamy też dojście do bardzo rozbudowanej opcji konfiguracji. Możemy ustawić:

-GAMES – 1, 2 lub 5 gier w meczu
-COMPUTER SKILL – poziom umiejętności przeciwnika-komputera: easy (łatwy), fair (przeciętny), hard (trudny)
-EXPEDITE RULE – włączanie/wyłączanie zasady przyspieszania. Jeśli gra nie zostanie skończona w ciągu 15 minut, zawodnicy serwują na przemian, aż do zwycięstwa któregoś z nich. Zawodnik musi zdobyć punkt w czasie 13 uderzeń, w przeciwnym razie punkt przyznawany jest przeciwnikowi.
-BALL SPEED – szybkość piłki (wolna, normalna, szybka)
-ATTEND COMPETITION – obserwowanie zawodów
-SOUND FX – włączanie/wyłączanie efektów dźwiękowych

Do opcji turniejowych należy jeszcze wybór przeciwnikia (komputer, człowiek), chwyt paletki (grip), prędkość ruchu i kolor paletki.

Podczas gry mamy możliwość podkręcenia piłki w lewo lub prawo, możemy też regulować siłę uderzenia (joystick do siebie).

Tak więc, jak widzicie, Table Tennis nie jest takim sobie zwykłym ping-pongiem, jakich wiele powstało na C-64. Grafika w tej grze nie należy wprawdzie do rzucających na kolana, inna sprawa, że jest dobrym kompromisem pomiędzy wyglądem a funkcjonalnością. Efekty dźwiękowe – niezłe. Ale najważniejsza rzecz to fakt, że już parę minut grania wystarczy, by opanować trudną sztukę operowania paletką. No a wtedy gra się zupełnie jak w prawdziwego pingla, co spotęgowane jest perspektywicznym widokiem stołu (zwykle w gierkach tego typu mamy do czynienia z niezbyt atrakcyjnym widokiem z góry).

Stunt Car Racer

Kolejne wyścigi. Niby nic nadzwyczajnego, a mimo to moim zdaniem Stunt Car Racer jest żywym dowodem na to, że żeby zrobić dobrą grę trzeba mieć równie dobry pomysł, a ten w przypadku SCR jest po prostu genialny. Gracz wciela się w rolę kierowcy niezwykłego, niemal futurystycznego bolidu, którego szkielet tworzą zespawane ze sobą tytanowe rury. Miejsce, w którym odbywają się wyścigi też jest niezwykłe, gdyż jest to tor wybudowany na palach i wznoszący się wysoko ponad ziemię.

Gra oferuje 4 ligi o wzrastającym poziomie trudności. Każda z nich to dwie odpowiednio trudne do przejazdu trasy. Na początku jeździmy w czwartej lidze. Zanim jednak rozpocznie się sezon wyścigowy radzę poćwiczyć trochę na dostępnych trasach, gdyż dobrze jest wiedzieć, czy np. za trzecim zakrętem nie kryje się jakaś przepaść. Dzięki treningowi można się również nauczyć jak dobierać właściwą prędkość do danego odcinka trasy. Jeśli już nauczyłeś jak pokonać dany tor bez uszkodzenia bolidu możesz rozpocząć sezon, na który składa się 6 wyścigów. Bierzesz udział tylko w czterech z nich (po 2 na każdej trasie) i dobrze by było, żebyś nie przegrał więcej niż jeden raz. Między wyścigami możesz śledzić punktację w lidze. Jest to o tyle ważne, że aby zakwalifikować się do następnej ligi musisz być na pierwszym miejscu w tabeli, a żeby nie spaść niżej nie możesz być ostatni.

Rozpoczynamy wyścig i … no właśnie – doznajemy lekkiego, a nawet powiedziałbym – większego, rozczarowania :). Grafika niestety nie powala na kolana. Wnętrze bolidu jest nawet w porządku, ale trasa to kilka połączonych ze sobą wektorków mających stwarzać wrażenie jej trój wymiaru. Żeby tego było mało powierzchnia trasy jest takiego samego koloru jak reszta otoczenia, aż do horyzontu (a tak przy okazji – samochód przeciwnika jest wykonany tą samą techniką, co trasa :)). Trochę szkoda, bo pomysł świetny, a wykonanie dość kiepskie.

W czasie samej jazdy trzeba tylko kontrolować poziom uszkodzeń pojazdu oraz ilość dopalacza. Jeśli chodzi o ten ostatni to należy uważać, aby za szybko się nie skończył, gdyż bez niego nasz bolid doznaje przyspieszeń na miarę Fiata 126p. Nie należy się jednak martwić, gdyż mamy stosunkowo duży zapas tego cuda :). Acha i jeszcze jedno – uważajcie, żeby w żadnym wypadku nie wypaść z trasy, gdyż może to trwale uszkodzić bolid, a także spowodować uzyskanie przez przeciwnika znaczącej przewagi, która w czasie wyścigów w drugiej czy pierwszej lidze jest praktycznie nie do nadrobienia.

Podsumowując – Stunt Car Racer to gra naprawdę wciągająca, która zapewnia wiele godzin wspaniałej rozgrywki. Oferuje również tryb multiplayer, który z pewnością uprzyjemni Wam zabawę. Jedynym, co może razić jest dość tandetna grafika, gdyż dźwięk, na który składa się dość wierna imitacja ryku silnika, jest bardzo w porządku.

S.T.U.N. Runner

Szybka jazda zawsze była niezwykle pociągająca. Któż nie lubi pędzić sportowym samochodem po szerokiej autostradzie – taka zabawa może wywołać prawdziwe emocje. Nic to jednak w porównaniu z jazdą superszybkim bolidem po podziemnych tunelach S.T.U.N. Do przebycia jest ponad dwadzieścia etapów, z których każdy jest trudniejszy od poprzedniego. Na dodatek nasz pojazd nie jest jedynym, który porusza się po podziemnej sieci połączeń. Są jeszcze jeżdżące po dnie pociągi, niewielkie magnetyczne koła, obdarzone wysokim poziomem inteligencji Trutnie, z których niektóre mogą być wyposażone w niezniszczalną zbroję, i potrafiące latać statki. Wszystko to porusza się w kierunku przeciwnym do naszego i wydaje się, że chce nas zniszczyć (w istocie tak właśnie jest). Na szczęście od momentu kiedy nasz statek zostanie wyposażony w laser możemy strzelać, by utorować sobie drogę. Niestety, nie wszystko można zniszczyć.

Aby się nie zgubić w tunelach należy poruszać się szlakiem wyznaczanym przez zielone gwiazdki, a gdy zbierze się ich odpowiednia liczba, możesz użyć fali szokowej zmiatającej wszystko z Twojej drogi. Na trasie można też znaleźć turbodopalacze, dzięki którym statek rozpędza się niemal do prędkości światła i dzięki temu może przelatywać przez przeszkody.

Gra jest dynamiczna i umiarkowanie trudna. Grafika choć nie rzuca na kolana, jest szybka i rozwiązana dość ciekawie. Myślę, że miłośnikom wyścigów gra może się podobać.

Street Surfer

Opisuję tu kolejną gierkę, z którą miałem okazję zaprzyjaźnić się kilka lat temu, a teraz te wspomnienia powracają… Choć, jak okazuje się – nie aż tak pozytywne. SS to jednoplikowa, schematyczna gierka opierająca się ogólnie rzecz biorąc na wyścigać. Jednak nie do końca. Nie będzie tu bowiem ani samochodu, ani prześcigania komputerowego wroga. To co?

Tym razem przyjdzie nam przemierzać drogi… super deskorolką z turbo przyspieszeniem. Przyspieszenie jest całkiem przyzwoite, gdyż można „brać” luzem wszelkie samochody. Ale do sedna. Jeżdżąc na deskorolce (jesteśmy nastolatkiem) mamy za zadanie, hmm… zbieranie szklanych butelek. Na końcu trasy czeka na nas stłuczka szklana, gdzie zostają wrzucone i przyznawane są nam należne punkty. I spowrotem na trasę!

Podczas naszej „jazdy”, która wcale nie jest taka prosta, przeszkadzać nam będą przede wszystkim jeżdżące w różne strony samochody. Czasami przyjdzie je nam także wyprzedać :). Oprócz tego na drodze możemy spotkać także przełażące kury, rozlany olej czy dziury. Można to wszystko przeskoczyć (klawisz FIRE).

W Street Surferze nie uświadczymy wspaniałej grafiki, odlotowego dźwięku ani stuprocentowej miodności. Mimo to, jest to bardzo przeciętna, solidnie wykonana gierka, w którą można „popykać” chętnie od czasu do czasu.

Street Machine

Street Machine to bardzo prosta, aczkolwiek ciekawa gra wyścigowo-zręcznościowo trzymająca się głównie dzięki miodności. Jednoplikowa, nieskomplikowana gierka może nam przynieść co nieco radości…

Gier takich na Commodore 64 powstało bardzo wiele. Dysponując prostym samochodzikiem wyścigowym musimy… przejechać określoną trasę – głównie przez miasto, ale także zdarzą się tereny bezludzia; tory, rzeki.

Na początku gry mamy do wyboru jedynie kolor samochodu (klawisze 1-9). Później start i… niby to wszystko. Na szczęście po dotarciu do mety musimy w określonym czasie naprawić co tylko się da. A limit czasu na naprawy został bardzo ciekawie wykonany: mianowicie mamy powiedzmy 100 sekund, które szybko mijają i listę wszystkich części samochodu (ze skalą procentową stanu – od 0 do 100). Najeżdzając na daną część wskaźnik ten się podnosi, by dotrzeć do 100… I znowu na start!

Grafika? Nie chciałbym urazić autorów gry :), ale naprawdę jest nieciekawa. Przypomina bardzo gry w stylu ZX Spectrum’a, nie ujrzymy ciekawych barw, ani estetycznie wyglądających obiektów. Wszystko jakby w „ziarnistym” stylu tylko pogarsza sytuację. Dźwięku właściwie nie ma…

Dlaczego zdecydowałem się opisać mimo wszystko Street Machine? Uważam, że jest to gra przeciętna, momentami nawet schodząca poniżej średniej, niemniej powstało takich gierek na C64 bardzo sporo, a człowiek do niektórych z nich przywiązał się wspomnieniami, grając dawniej kilka godzin… Polecam również Wam chociaż raz przejechać trasę!